Польскі эмігранцкі празаік Фларыян Чарнышэвіч (1900-1964) ня надта вядомы і ў Польшчы, а, мабыць, зусім -- у Беларусі. Між тым гэты аўтар, сам родам з Бабруйску, стварыў як бы эпічны малюнак жыцьця тутэйшай польскай засьцянковай шляхты пачатку XX стагодзьдзя. Ягонаму пяру належаць чатыры раманы, выдадзеныя ў Аргентыне, дзе ён жыў ажно з 1924 году:
1942 - Nadberezyńcy. Powieść w 3 tomach osnuta na tle prawdziwych wydarzeń
1953 - Wicik Żywica
1958 - Losy pasierbów
1963 - Chłopcy z Nowoszyszek
Вікіпэдыя падае захопленыя водгукі вядомых літаратараў, на чале з Чэславам Мілашам, якія наперабой параўноўваюць прозу Чарнышэвіча з творамі Сянкевіча, Міцкевіча, Талстога ды іншых слынных эпікаў. Пры гэтым адзначаецца, што Nadberezyńcy, "нягледзячы на выдатныя рэцэнзіі... з прычыны Другой сусьветнай вайны і яе палітычных наступстваў так і не ўвайшлі ў канон польскай літаратуры".
Здаецца, гэта варта прачытаць. Абы знайшлося :)
Эсэ Марыі Чапскай пра аўтара ды ягоныя кнігі (у тым ліку і пра беларусізмы ў іх мове) было надрукавана ў 1972 годзе ў лонданскім зборніку Pamiętnik Wileński, вартасьць якога для ўсіх, хто займаецца гісторыяй ды культурай краю, цяжка пераацаніць (гл. зьмест). У 2010 ён быў перадрукаваны ў Польшчы, але ў Беларусі дагэтуль маладаступны; прынамсі, электронны каталог Нац. б-кі яго не паказвае.
MARIA CZAPSKA
FLORIAN CZARNYSZEWICZ (1895–1964)
[Pamiętnik Wileński. Londyn – Łomianki, 2010. S.225–236. (Wyd. I – Polska Fundacja Kulturalna, Londyn 1972.)]
W sztabie gen. Konarzewskiego w Bobrujsku, rok 1919 czy 1920:
„Smolarzanie weszli i stanęli przy drzwiach nieśmiało.
– Proszę, proszę panowie ku stołowi – zapraszał generał – proszę siadać, od czego są krzesła?...
– Za nic w świecie nie usiądziemy przy Panu, generale, my ludzie prości, postoimy...
– Panie generale – zagadał stary Piotrowski – ja przyszedłem prosić pokornie ażeby pan naszą zaberezyńską ziemię raczył przyłączyć do Polski...
– Ależ panie – odparł generał – ja przecież nie jestem tym, który decyduje o przyłączeniu do Polski krajów...
Piotrowski jakby nie dosłyszał, albo nie zrozumiał słów generała, malując tęsknotę z jaką ludność chutorów i zaścianków czeka Polski «jak człowiek w Poście czeka Wielkanocy...»
- Panie generale, błagam cię, odbierz nas bolszewikom... Zmiłuj się nad nami!...
– Pan domaga się przyłączenia ziemi po Dniepr, a co pan powie na to, że ludzie zza Dniepru również o przyłączenie proszą?...
– Ludzie z za Dniepru również proszą?
– Tak proszę pana...
– ...A jest-że chociaż nadzieja, panie generale, że doczekamy się?..." (cytat z Nadberezyńców Floriana Czarnyszewicza).
Nie doczekali się. Traktat ryski przekreślił nadzieje ludności polskiej znad Berezyny, Szczary, Słuczy, Ptyczy... przekreślił, odstępując połowę Białorusi, szmat wielki dawnego Księstwa Litewskiego Rosji Sowieckiej. Ledwie powstała z gruzów Polska niepodległa nie ufała własnym siłom, chciała zgody ze Związkiem Radzieckim – traktat ryski miał być rękojmią trwałego pokoju.
Ćwierć miliona kilometrów kwadratowych ziemi i kilkanaście milionów ludności białorusko-polskiej odstąpiono dobrowolnie Rosji bolszewickiej, nie zabezpieczywszy tej ludności jakichkolwiek praw, nie tylko do ich mienia, ale po prostu do życia. Florian Czarnyszewicz, syn tej ziemi, krzywdę tę i nieprawość miał wypisane na sercu i dał temu wyraz w swoich czterech powieściach – owocu nie tylko talentu i werwy rasowego pisarza, ale też sumienia obywatelskiego niezamąconego ani religijnym, ani narodowym, ani klasowym fanatyzmem, dziele pisarza odpowiedzialnego za słowo, czujnego świadka opisywanych wypadków.
Urodzony w końcu XIX wieku w zaścianku szlacheckim w widłach Berezyny i Dniepru, umarł w Argentynie po czterdziestu latach wygnania, a trzydziestu pracy w chłodniach argentyńskiej rzeźni w Berisso. Tysiące ludzi, mieszkańców tych ziem, doznało podobnych losów co Czarnyszewicz, ale on jeden dał nam poznać, dotknąć, spamiętać te dzieje od dołu, od podstaw bytu krajowego. Element polski, zakorzeniony tu od wieku XV, był elementem pionierskim, bitnym i twardym. Unia brzeska była drogą do porozumienia ludności tubylczej, obrządku greckiego z elementem polskim obrządku rzymskiego, ale od pierwszego rozbioru zaczęło się brutalne prześladowanie polskości, kasata unii, intensywna rusyfikacja ludu przez szkołę rosyjską, duchowieństwo prawosławne i służbę wojskową. Przez cały wiek XIX trwało trzebienie polskości na tych ziemiach, dla Rosjan „odzyskanych", dla Polaków „odebranych". Wysiedlano w głąb Rosji lub na Syberię całe zaścianki drobnej szlachty polskiej, inni szli na katorgę, ginęli lub wracali – starcami. Pustoszały dwory i chaty jak w średniowieczne mory i głody, osiedla palono i ziemię po nich zaorywano – a jednak trwali...
Pierwsza powieść Czarnyszewicza, Nadberezyńcy [1], zaczyna się od ostrego starcia pomiędzy zasobnym chutorem szlacheckim a ludnością pobliskiej wsi. Ludność białoruska miała się za „carską", car ich uwłaszczył i wyzwolił z pańszczyźnianej niewoli polskich panów, a „Lachy" to byli miatieżniki, co broń podnieśli na ich caria-batiuszkę. Smocze zęby zasiewane tu przez wiek z górą plonowały nienawiścią.
[1] Buenos Aires 1942.
Czy porozumienie było możliwe? Czarnyszewicz wierzył, że było, w imię miłości wspólnej ojczyzny, że w samodzielnej Białorusi znalazłyby się dobre wole po obu stronach, gdyby... tak, gdyby nie odmieniona przez bolszewizm postać świata.
„Kochałem i kocham swój kraj – pisał Czarnyszewicz do pana Akuły, pisarza białoruskiego – dlatego, że żyli w nim obok siebie Białorusini, Polacy, Litwini, Żydzi, starowiercy i Tatarzy, że w miastach były kościoły, cerkwie, synagogi i kirki, że byli chłopi i szlachta, i mieszczanie. Współżyciu naszemu szkodziły tylko niesprawiedliwy podział dóbr ziemskich oraz intrygi sąsiadów. Różnice ras i kultury wśród obywateli nie stają na przeszkodzie postępu i szczęśliwości."
Wańkowicz pisał o blasku, który bije od tej powieści. Miłosz o nieomylnym instynkcie i dojrzałości artysty, o tym wzbogaceniu prozy polskiej, które wniosły Pamiętniki chłopów i Pamiętniki emigrantów, podobnie jak Nadberezyńcy, „nieobwąchane przez żadną kawiarnię".
Czarnyszewicz znał Mickiewicza i Sienkiewicza, ale w książce jego nie ma naśladownictwa. Nie szukajmy więc ani jego wzorów, ani szkoły, która go wydała. Pisał z pełności serca, po ciężkich dniach pracy w argentyńskiej rzeźni, natchniony miłością ziemi rodzinnej i nieomylną pamięcią.
Toteż nie sposób nie ustawić Nadberezyńców w promieniach Pana Tadeusza, z tej samej jest rodziny, to samo źródło czystej tęsknoty książkę tę wydało, urzeka nas ten głos. Sceny bójek, zasadzek, wybiegów, pościgów, podobnie jak sceny miłosne, przypominają najlepsze strony Trylogii.
Język Czarnyszewicza to skarbiec dla językoznawców. Świeży, bujny, polsko-białoruski, samorodny i słowotwórczy, niewylizany dziennikarskim banałem, niespętany prawidłami, rośnie jak kwiat puszcz tamtejszych, pleni się całym bogactwem właściwych sobie form. Żeromski wspomina obfity skarbiec gwar objętych granicami państwa, gwar, w których nie zaglądając do starych szpargałów, „zbierać można słowa w biały dzień jak żyto w polu". Czarnyszewicz nie potrzebował zbierać słów, zachował je w pamięci i oddalony o tysiące mil od swojej ziemi ułożył z nich czarującą opowieść o kraju lat dziecinnych.
Niektóre wyrażenia, jak drużak, hruba, hurba, puha, bałabony, chmyz brzozowy i inne, to albo wyrazy gwarowe, albo staropolskie, wyszłe z użycia, albo białoruskie, a może rosyjskie. Zdaje się białoruskie są: bruć się (mierzyć się w bójce), nabuchtorzyć (durzyć, bałamucić), badziać się (pętać się) itd. Ale są też inne, jakby samorodne, dla spraw codziennych tworzone, jak trel (przerąbana linia w lesie), zimnik (droga zimowa), męczarstwo (umęczenie), wklepany (zakochany), dostukać się (dobrać się), serce sakocze (łomoce), żyto krasuje (bujnie rośnie), suchowiej (letni wietrzyk), doświtek (wczesny świt) itd.
Podobnie nieprzebrana jest świeżość obrazowania autora, pomysłowość i plastyka jego przenośni: dzień jak lustro, pogoda aż miga w oczach, las gładki jak dzwon, fale rzeki wysokości dobrego pokosu, kości na krupę zetrzeć (pogróżka); czyta gładko, jakby rzepę gryzł; jakby bobem sypał, serce drży niby jagni ogonek, od śpiewu ptaków las trzeszczy, od żółtości łopuchów słonko blednie...
Zachwyca nas Psałterz Dawidowy w swobodnym przekładzie Kochanowskiego:
„Jako na puszczy prędkimi psy szczwana
Strumieni szuka łani zmordowana..."
albo o Bożej srogości:
„...biłeś je w gęby
A oni w krwawym piasku zbierali zęby...".
Raduje obrazowanie Paska, kiedy o szykach moskiewskich pisze, że „wyszedłszy z chróstu stanęli jako mak kwitnący...", albo że „królowi puściły się łzy z oczów, właśnie kiedy groch spuszcza ziarno po ziarnie...".
Tylko bardzo bliskie i nieobojętne zżycie się z przyrodą i dolą wiejskiego człowieka daje takie metafory i takie obrazowanie, którego nie znajdziemy u poetów i pisarzy miejskich.
Podobnie kiedy Czarnyszewicz porównuje pisk płozów po żwirze do pisku głodnych prosiaków albo szczecinę na źle ogolonej twarzy młodzieńca do otawy na skoszonej łące – daje nam coś więcej niż metaforę, daje życie zaścianka, jego oddech, rytm jego serca.
Potęga wiosennych roztopów, nadciąganie gradowej burzy, huk rozkołysanej wichrem puszczy, pełnia obfitego lata, rozmaitość obłoków letnich i chmur jesiennych, uroda oszronionego lasu to – wedle słów Conrada – „wymierzenie najwyższej sprawiedliwości widzialnemu światu". Niczego Czarnyszewicz nie zapomniał w obcej ziemi ani miejscowych nazw ptaków: siniczki, kołopieńki, śniegiry, sitowce, korszuny (jastrzębie), busły (młode bociany), ani kwiatów i traw, jak czarnogłówek, leżaj, asak, kuroślep, kozielec, kopytnik, wroniec, pych, miodaczka, nagódki, bobek, bruśnicznik, łyżeczki, bujaki, bohun, lenek, dzięcielina – cały skarbiec ludowej pomysłowości na wyrażenie barw, kształtów, zapachów. Tę samą obfitość przekraczającą ramy ustalonego w literaturze słownictwa, tę samą bujność wód wiosennych odnajdujemy w mowie bohaterów powieści, zwłaszcza kiedy przemawiają pod wpływem afektu. Zakochani układają inwokacje miłosne, złość budzi obfitość złorzeczeń podobną do zaklęć czarowników, kobiety zawodzą po umarłych jak odwieczne płaczki. Kościk Wasilewski nażywa swoją ukochaną Karusię: orliczką, miłką, lubką, zazulą, duszą serdeczną, lilijką białą, kraską tęczową, kwiatkiem pachnącym. Hanka Piotrowszczanka, wydana za mąż do innego zaścianka, pomstuje na swoją okolicę: „ludzie tam zamożne, prawda, ale same glinogryzy, plewojady, dusigrosze, brzydkomowy, rusochwały, moskwolizy, niedowiarki".
Zdanowiczowa rozpacza po zabitym synu: „Synku rodny, sokole mój! Jedynaku nienagladny, skarbie, serce moje".
Śpiewa ta książka i płacze.
* * *
Miłosz w swoich notatkach o Nadberezyńcach, wspominając powtarzalność historyczną, zestawia przywitanie gen. Dąbrowskiego przez Jankiela z przemówieniem Piotrowskiego u gen. Konarzewskiego.
Powtarzalność historii! Ciągłość losów tych rubieży Rzeczpospolitej wystawionych od stuleci na gwałty najeźdźców i krzywdę ciemiężców. Powtarzalność ofiar w każdym pokoleniu na rzecz jednej lub drugiej prawdy, jednej albo drugiej wierności, ofiar tej lub innej przemocy...
„...Jakże Wasze myśli? – pyta Sędzia Bernardyna.
Czy potrzeba, byśmy zaraz w pole wyszli?
Strzelców zebrać – rzecz łatwa: prochu mam dostatek.
W plebanii u księdza jest kilka armatek..."
a szlachta Dobrzyńskiego zaścianka:
„«Wojny!» – krzyknęli... «Wojny z Moskalami! Bić się!
Hejże na Moskali!»".
To rok 1812 – Nowogródczyzna.
A oto Stach Bałaszewicz namawia szlachtę zagrodową znad Berezyny, by wstępowała do wojska polskiego, które się pokazało w Bobrujsku.
„– Po mojemu z tego wielki bunt wyjść może – ostrzega jeden z obecnych.
– Bunt? – powiada Stach – a panie, jak Polski po dobrości nie oddzielą, to i bunt będzie. A cóż to nam, szlachcie, bunt nowość? Chyba może państwo, szlachta nieprawdziwa że się go boi?
Szlachta zahuczała jak gniazdo szerszeniów.
– Jak Waść możesz mówić takie rzeczy? My szlachta honorowa! Miecze jeszcze dawniejsze w domu mamy! My pierwsze do wszelkiego buntu!".
To rok 1915 – Bobrujszczyzna.
* * *
„Losie ty nasz parszywy! – rozpacza Kościk Wasilewski, komendant leśnego oddziału w obliczu nowego bolszewickiego najazdu. – Czemu płodzisz tę zakałę na naszą biedę?..."
Ciężkie wtedy padają oskarżenia z ust młodego bohatera, „leśniczonka", na klasę ziemiańską, na tych, co zawsze umieli czy to za Moskali, czy za Niemców bronić swoich interesów, ochraniając majątki, urządzać dla najeźdźców polowania i biesiady, ale ani się nie zbliżyli z braćmi z zaścianków, ani się nie porozumieli dla obmyślenia wspólnej obrony, a w chwili niebezpieczeństwa rzucali wszystko i uchodzili.
Nie za burżujów idziemy – głosi podtytuł Nadberezyńców. To upragnione przez bohaterów powieści Królestwo Polskie, za które walczyli i ginęli, któremu służyli w każdej potrzebie Wasilewski i Bałaszewicz, miało być królestwem sprawiedliwości, zgody i jedności, miało tę ziemię polsko-białoruską ogarnąć zbrojnym ramieniem, zabezpieczyć ład, zapewnić praworządność. Ale Polska tej ziemi nie zechciała wziąć pod opiekę. Mieli oni odbiec swoje strzechy zwichrzone zimowymi nawałnicami i każdej wiosny własnoręcznie naprawiane? Sady za chatą; pola i łęgi puszczy wydarte, dęby stare, dźwigające szeregi barci ustawionych parami i deskami podkurków chronione od niedźwiedzi? A gdzieżby poszli, rzuciwszy to wszystko, i do czego? Toż to było ciało ich ciała, trud ich trudu. Zostali więc.
Najgłębszy obok polskości nurtem tej książki to jej religijność, to katolicyzm wiążący ten lud szlachecki, polsko-białoruski z tradycją, obyczajami, obrzędem, sakramentami Kościoła rzymskiego i kulturą zachodnią. Katolicyzm Nadberezyńców nie żywi żadnej wrogości do ruskiej wiary wsi okolicznych, ale kultywuje swoją różność i swoją, w pojęciu tej szlachty polskiej, wyższość wiary rzymskiej.
Dnie i lata, cały wiek człowieka od kołyski do grobu, do tych mogiłek, gdzie składano bliskich na wieczny spoczynek, zasypując dół „bez rydlów, garścią samą, ziemią wytrząsaną z korzonków, czystą, sypką, zroszoną łzami...", są oplecione wiarą. Doroczne święta chrześcijańskie, związane z odwiecznym kultem sit przyrody, to niezmienne etapy wytchnienia po pracy. Wiara w miłosierdzie Boże, poddanie się Jego woli, ufność w sprawiedliwość wszechmocną, poszanowanie rodziców i starszych, świętość małżeństwa, lęk przelania krwi nawet w obronie własnej, stosunek do śmierci, do życia wiecznego, kult obrazów i relikwii, różaniec, zwrot ku Bogu w każdym niebezpieczeństwie, tak w smutku, jak i radości, nadają sakralność każdemu gestowi tych ludzi, stanowią o godności ich życia i śmierci, są źródłem ich wierności i trwania.
Biała Procesja w Bobrujsku w 1905 roku, doroczny „fest" w niedzielę oktawy Bożego Ciała, to manifestacja jedności i wiary wielotysięcznego ludu katolickiego i dziesiątków księży z dwunastu okolicznych parafii, czterech dekanatów: Słucka, Ihumenia, Rohaczewa i Rzeczycy, manifestacja polsko-katolicka, po stu dwudziestu latach prześladowań i rusyfikacji.
Najwyższą nutą grają te uczucia nadberezyńskich katolików w opisie przygotowań na przyjęcie biskupa Łozińskiego w Wończy (to jesień 1918 roku i losy tego kraju wciąż się ważą).
„Biskup Łoziński w nasze strony jedzie! Kaplicę naszą własnymi rękami święcić będzie! – zwiastowali jeden drugiemu z płomieniem w oczach...
Między zaściankami i Wończą ruch taki powstał, jakby w pospolite ruszenie dawnych czasów. Kto znał się trochę na stolarstwie szedł pomagać majstrom, inni wozili gonty, ciosane łaty, piłowali deski, biegali po kweście, służyli za posłańców...
Już Biskup w Szacku, już w Osipowiczach! Już jedzie do Bobrujska!... Porwał ludzi entuzjazm jak podczas pojawienia się Dowborczyków zeszłej zimy. Kto miał jakiś kwiatek, roślinę godną zachwytu albo świętość jaką w domu, niósł na upiększenie przybytku Bożego, na wspólny ołtarz; wroniec i bruśnicznik to wozami na plac kapliczny wozili... Wznoszono bramę, wito wieńce, upiększano podwórko, kaplicę, ołtarz...
Wot! zawieruszyli szerszenie! Wot zahuczeli! – mówili pobratymcy, przypatrując się tłumnie przygotowaniom.
A ich na te uwagi jeszcze większy zapał porywał.
– Teraz się dowiecie, jaka nasza siła, jaka między nami drużba! – odpowiadali... – Teraz się dowiecie, jaka nasza wiara piękna jest!..."
Oczekiwanie, przyjęcie, przemówienie biskupa i nabożeństwo – to tyleż niezapomnianych stron tej książki.
Kto jeszcze z ludzi „tamtejszych" pamięta świętej pamięci biskupa Łozińskiego, jego wysoką szczupłą postać, twarz kościstą i bladą, jakby wytrawioną ogniem wewnętrznym, twarz oświeconą spojrzeniem i uśmiechem, kto pamięta jego głos chropowaty i załamujący się wzruszeniem, ten dopełni własne wspomnienie opisem Czarnyszewicza, które ma coś z wierności zeznań świadków niepiśmiennych, podpisujących się znakiem krzyża – opisem zakończonym słowami: „Jak Boga kocham!".
„Dzieci moje!... – mówił Biskup – Jako kapłan dziękuję wam za wiarę w Chrystusa, jako Polak za wiarę w Polskę. Tylko kapłaństwo w młodych latach otrzymując taką radość miałem, jaką teraz doznaję, tylko do matki swej rodzonej taką wdzięczność żywię jaką do was za waszą wiarę czuję..."
Książka urywa się na tym roku 1918 akcentem nadziei.
* * *
W kilka lat później rozpoczęto likwidację polsko-katolickiego żywiołu na sowieckiej Białorusi, nastąpiły zsyłki na Sybir lub do obozów północnych; pozostali chronili się przed aresztowaniem, uciekając do miast. Docierały do nas wtedy wieści, że na szesnaście dawnych parafii nadberezyńskich, pozostał w 1937 roku jeden ksiądz, który w drewnianych trepach i samodziałkach przekradał się z kołchozu do kołchozu, chrzcząc i spowiadając. Kościoły i cerkwie zburzono lub zamknięto. Ci, którzy po klęsce Polski w 1939 znaleźli się w mińskim więzieniu, spotkali tam jeszcze sporo ludzi miejscowych aresztowanych i dręczonych za wiarę i kontakty z Polską.
Bogate i rojne niegdyś zaścianki nadberezyńskie porosły lasem.
* * *
Wicik Żywica, druga powieść Czarnyszewicza, wydana również w Argentynie [2] z przedmową Melchiora Wańkowicza, jest poniekąd dalszym ciągiem Nadberezyńców. Wicik to jakby młodszy brat bohaterów tamtej powieści, szlachcic zaściankowy jak tamci, usiłujący nawiązać porozumienie pomiędzy ludnością polsko-katolicką a ludem białoruskim i prawosławnym – cel upragniony samego autora.
[2] Buenos Aires 1953
„O ile Wicik nie zbuduje mostu dla polsko-białoruskiego porozumienia – sądził Czarnyszewicz – to przerzuci chociaż kładkę, którą można będzie przy dobrej woli rozszerzyć."
Zamiar chybił niestety celu, bo ideologia rozsadziła ramy powieści, ze szkodą dla całości. Ale tu również znajdujemy strony opisowe pełne wielkiego czaru oraz sceny walk i zasadzek zapierające dech w piersi. Groza najazdu bolszewickiego splata się z wielką nadzieją zwycięstwa „Najjaśniejszej Rzeczypospolitej".
„Myślałem – pisał mi autor w liście – że jeśli strona ideowa książki zawiedzie to pozostanie przynajmniej taki siaki obraz bytności polskiej na kresach, świadectwa przeczące twierdzeniom bolszewików, że Polska tam nic nie zrobiła. Pozostaną utrwalone obyczaje tamtych stron, ich język..."
Pozostaną i w wolnej Polsce trafią, daj Boże, do wypisów szkolnych jako pamiętnik tej epoki, tych ziemi granicznych, tych ludzi.
* * *
Jako żołnierz polski po traktacie ryskim musiał Czarnyszewicz uchodzić z kraju swego dzieciństwa i młodości, ale w tej Polsce wyśnionej, której zaufał nie znalazł upragnionej sprawiedliwości. Pasierbem czuł się tu, nie synem, on, Nadberezyniec, co za kordonem sowieckim zostawił wszystko, co kochał. Postanowił emigrować do Argentyny. O Argentynie wiedział tylko tyle, co zapamiętał z rosyjskiego, szkolnego podręcznika: „Balszaja chlieborodnaja strana, stolica: Buenos Aires"; urzekła go ta dziwna nazwa i ta ziemia „chleborodna". Werbowano, zapisał się. Ale na tamtej półkuli, w tłumie różnoplemiennych emigrantów, okazało się, że znów jest tylko pasierbem, uprzedzili go inni emigranci z ziem zajętych, bolszewiccy agenci i zbolszewizowani chłopi ukraińscy. Tępiony przez nich jako „sługa burżujski" i „białogwardzista", co na drugą półkulę wyrwał od „władzy ludowej", sprzymierzyli się na jego zgubę.[3]
[3] Losy pasierbów, Paryż 1958, z przedmową Józefa Czapskiego.
Dubowik, bohater Pasierbów, przyjechał na tę ziemię chleborodną z żoną i dwojgiem małych dzieci, bez pieniędzy i języka. Cała niedola emigranckiego losu spada więc na niego i jego rodzinę. Trafili na okres bezrobocia, na pracę trzeba było czekać tygodniami, prosić o nią, jak o łaskę, żyjąc w trosce i trwodze, o suchym chlebie. Po wielu trudachi niezliczonych niebezpieczeństwach, pośród zasadzek i podstępów wrogów i rywali, Dubowik zdobywa nadzieję nabycia kawałka własnej ziemi, której poświęci wszystkie siły, szmat ziemi chleborodnej pod nogami w zastępstwie ojczyzny utraconej.
* * *
Podobnym zamierzeniom co Wicik Żywica, z lepszym skutkiem, kierował się Czarnyszewicz, pisząc Chłopców z Nowoszyszek [4] wydanych na rok przed śmiercią autora. Chłopcy przenoszą czytelnika na Wileńszczyznę, gdzie Czarnyszewicz spędził kilka lat, już jako uchodźca, służąc w policji. Są to dzieje bardzo ubogiej, wojną zniszczonej osady, ludzi biednych i twardych w walce z miejscowymi władzami, samolubstwem ziemiaństwa i zbójeckimi wypadami agentów komunistycznych, nasyłanych zza miedzy, z tak zwanej „Wolnej Białorusi".
[4] Londyn 1963.
Chyba się nie mylę, twierdząc, że żadna z powieści Orzeszkowej, Żeromskiego, Reymonta albo Dąbrowskiej, opowieści osnunych na obserwacji z zewnątrz, nie jest tak bliska prawdy chłopskiej rzeczywistości Nowoszyszek i pobliskich wiosek. Autor pisze z całkowitą swobodą autentycznym językiem swoich bohaterów, malując sceny hulaszcze i grubiańskie obok dramatycznych i sentymentalnych. Prymitywizm instynktów, zapamiętałą mściwość, pijackie bójki przeplatają wyznania miłosne i tęsknoty macierzyńskie. Bogactwo słownictwa gniewu i urągania przewyższa w tej powieści znacznie terminologię uczuć łagodniejszych. W każdym sporze padają natychmiast wyzwiska, jak had, hajdamaka, ludorez, haresztant. W zastosowaniu do kobiet: ścierwa, żmija obleśna, suka, wyrodak i dalsze.
Tak znamienny jest w tej ostatniej powieści Czarnyszewicza, już wyżej omówiony, język. Rozmaitość gwar przejściowych, ich odchylenia od literackiej polszczyzny, ich akcentowania utrwalone tu na żywych przykładach. Uderza nas w dialekcie Wileńszczyzny, podobnie jak i Nowogródczyzny zdwajanie spółgłosek miękkich w końcowej zgłosce, jak na przykład kochannie, życcie, położennie, zielle, świnnia itp. Albo zdrobnienia imion męskich z końcówką na -a, jak: Dońka, Józka, Staśka, podobnie jak w rosyjskim Szura, Wania, Sasza. Zmiana rodzaju żeńskiego na męski w czasownikach, odrzucenie nosówek jak w rosyjskim, na przykład: co z Twojo roboto i tobo..., skrzywdzo..., gospodarza bił budziesz u morda..., dadzo po głowaj.
Wyjątkową pięknością, jak i w poprzednich powieściach, odznaczają się opisy przyrody, bujnością obrazów, szczerością przeżyć, bogactwem swoistej terminologii:
„Szło już wyraźnie ku zimie. Dmuchały codziennie zimne wiatry, niebo obkładały szerokie, nieznające brzegów chmury, sypały się białe krupki, zalatywały śnieżynki, noce były długie i ciemne jak sadza".
a oto opis letniej ulewy:
„O zmroku szurnął bujny i gęsty deszcz z piorunami, po paru godzinach przeszedł w drobniutką szmerną prósznicę i mżyło tak z przerwami do świtu a rano powiał ze wschodu suchowiej...".
Uczucia religijne związane z tradycją, magią obrzędów i pieśni dochodzą tu również do głosu. W religijności Czarnyszewicza nie ma ani przesadnej dewocji, ani suchego formalizmu. Bóg jest tu wszędzie obecny, wszechmocny i miłosierny, w życiu i śmierci, w radości i niedoli. Do niego odnoszą się bohaterowie tych powieści błaganiem, dziękczynieniem lub skargą.
Jedna z kapitalnych scen w Chłopcach z Nowoszyszek to alarm podniesiony przez starego Wieliczkę w mroźną noc i śnieżną zawieruchę. Spieszy do chaty siostry i podnosi na nogi czternaście śpiących w izbie osób.
„– Co się stało? – pytają przerażeni – ktoś kogo zarżnął? Czy nowa wojna może?
– Białorusy – oznajmia Wieliczko – suplikacja nasza na swoja wiara przewrócili... nie ma już Święty Boże, Święty mocny... ale Siwaty Boże, Światy krepki... pomiłuj nas!"
Następuje zdumienie, oburzenie, potem lament kobiet:
„– Dokądże i za jakie grzechy nas Pan Bóg karze? – zawodzi Paulina, gospodyni chaty – taka już straszna wojna przeżyli, taki ogień i stuk i wygnannie! I gaz niemiecki i araplany i hiszpanka i krwawy panos i bolszewików, tyle nędzy, choroby różnej i śmierci i kalectwa, a teraz nowa plaga przychodzi!... Do kogóż po ratunek u biedzi zwrócim sia jak modlitwy i pieśni swojej nie będzie?!..."
W kilkanaście minut w izbie sołtysa zahuczało jak w ulu.
I tak, prawdopodobnie, upadła inicjatywa hierarchii katolickiej, mająca na celu pogodzenie i zbliżenie dwujęzycznej i dwuwyznaniowej ludności...
Wicik Żywica kończy się najazdem bolszewickim i śmiercią bohatera, Chłopcy – zwycięstwem Dońki nad rywalami i małżeństwem z jego wierną „lubką".
* * *
Dziś losy Nowoszyszek i Miezonki nie różnią się od losów nadberezyńskich zaścianków i chutorów Smołarni, Jam, Polanki, Podgarla i innych.
Rufin Piotrowski w swoich Pamiętnikach z połowy XIX wieku podaje, że po całej Syberii znajduje się mnóstwo potomków Polaków wysiedlonych z tych guberni już za Katarzyny II, że co krok spotyka się polskie nazwiska, zaś około Siemipałatyńska, w pobliżu Gór Ałtajskich, jest jedna lub nawet dwie wsie z samych potomków tych Polaków złożone.
„Mówią nawet jeszcze po polsku i hodują pszczoły, a miody tych wsi są bardzo słynne w Syberii i w wielkiej znajdują się obfitości."
Nie wiemy, jakie były losy tej wysiedlonej w XVIII wieku szlachty polskiej, zabrakło świadka, który by nam przekazał ich dzieje.
Z potopu ostatniego półwiecza zostaną książki Floriana Czarnyszewicza.
1942 - Nadberezyńcy. Powieść w 3 tomach osnuta na tle prawdziwych wydarzeń
1953 - Wicik Żywica
1958 - Losy pasierbów
1963 - Chłopcy z Nowoszyszek
Вікіпэдыя падае захопленыя водгукі вядомых літаратараў, на чале з Чэславам Мілашам, якія наперабой параўноўваюць прозу Чарнышэвіча з творамі Сянкевіча, Міцкевіча, Талстога ды іншых слынных эпікаў. Пры гэтым адзначаецца, што Nadberezyńcy, "нягледзячы на выдатныя рэцэнзіі... з прычыны Другой сусьветнай вайны і яе палітычных наступстваў так і не ўвайшлі ў канон польскай літаратуры".
Здаецца, гэта варта прачытаць. Абы знайшлося :)
Эсэ Марыі Чапскай пра аўтара ды ягоныя кнігі (у тым ліку і пра беларусізмы ў іх мове) было надрукавана ў 1972 годзе ў лонданскім зборніку Pamiętnik Wileński, вартасьць якога для ўсіх, хто займаецца гісторыяй ды культурай краю, цяжка пераацаніць (гл. зьмест). У 2010 ён быў перадрукаваны ў Польшчы, але ў Беларусі дагэтуль маладаступны; прынамсі, электронны каталог Нац. б-кі яго не паказвае.
MARIA CZAPSKA
FLORIAN CZARNYSZEWICZ (1895–1964)
[Pamiętnik Wileński. Londyn – Łomianki, 2010. S.225–236. (Wyd. I – Polska Fundacja Kulturalna, Londyn 1972.)]
W sztabie gen. Konarzewskiego w Bobrujsku, rok 1919 czy 1920:
„Smolarzanie weszli i stanęli przy drzwiach nieśmiało.
– Proszę, proszę panowie ku stołowi – zapraszał generał – proszę siadać, od czego są krzesła?...
– Za nic w świecie nie usiądziemy przy Panu, generale, my ludzie prości, postoimy...
– Panie generale – zagadał stary Piotrowski – ja przyszedłem prosić pokornie ażeby pan naszą zaberezyńską ziemię raczył przyłączyć do Polski...
– Ależ panie – odparł generał – ja przecież nie jestem tym, który decyduje o przyłączeniu do Polski krajów...
Piotrowski jakby nie dosłyszał, albo nie zrozumiał słów generała, malując tęsknotę z jaką ludność chutorów i zaścianków czeka Polski «jak człowiek w Poście czeka Wielkanocy...»
- Panie generale, błagam cię, odbierz nas bolszewikom... Zmiłuj się nad nami!...
– Pan domaga się przyłączenia ziemi po Dniepr, a co pan powie na to, że ludzie zza Dniepru również o przyłączenie proszą?...
– Ludzie z za Dniepru również proszą?
– Tak proszę pana...
– ...A jest-że chociaż nadzieja, panie generale, że doczekamy się?..." (cytat z Nadberezyńców Floriana Czarnyszewicza).
Nie doczekali się. Traktat ryski przekreślił nadzieje ludności polskiej znad Berezyny, Szczary, Słuczy, Ptyczy... przekreślił, odstępując połowę Białorusi, szmat wielki dawnego Księstwa Litewskiego Rosji Sowieckiej. Ledwie powstała z gruzów Polska niepodległa nie ufała własnym siłom, chciała zgody ze Związkiem Radzieckim – traktat ryski miał być rękojmią trwałego pokoju.
Ćwierć miliona kilometrów kwadratowych ziemi i kilkanaście milionów ludności białorusko-polskiej odstąpiono dobrowolnie Rosji bolszewickiej, nie zabezpieczywszy tej ludności jakichkolwiek praw, nie tylko do ich mienia, ale po prostu do życia. Florian Czarnyszewicz, syn tej ziemi, krzywdę tę i nieprawość miał wypisane na sercu i dał temu wyraz w swoich czterech powieściach – owocu nie tylko talentu i werwy rasowego pisarza, ale też sumienia obywatelskiego niezamąconego ani religijnym, ani narodowym, ani klasowym fanatyzmem, dziele pisarza odpowiedzialnego za słowo, czujnego świadka opisywanych wypadków.
Urodzony w końcu XIX wieku w zaścianku szlacheckim w widłach Berezyny i Dniepru, umarł w Argentynie po czterdziestu latach wygnania, a trzydziestu pracy w chłodniach argentyńskiej rzeźni w Berisso. Tysiące ludzi, mieszkańców tych ziem, doznało podobnych losów co Czarnyszewicz, ale on jeden dał nam poznać, dotknąć, spamiętać te dzieje od dołu, od podstaw bytu krajowego. Element polski, zakorzeniony tu od wieku XV, był elementem pionierskim, bitnym i twardym. Unia brzeska była drogą do porozumienia ludności tubylczej, obrządku greckiego z elementem polskim obrządku rzymskiego, ale od pierwszego rozbioru zaczęło się brutalne prześladowanie polskości, kasata unii, intensywna rusyfikacja ludu przez szkołę rosyjską, duchowieństwo prawosławne i służbę wojskową. Przez cały wiek XIX trwało trzebienie polskości na tych ziemiach, dla Rosjan „odzyskanych", dla Polaków „odebranych". Wysiedlano w głąb Rosji lub na Syberię całe zaścianki drobnej szlachty polskiej, inni szli na katorgę, ginęli lub wracali – starcami. Pustoszały dwory i chaty jak w średniowieczne mory i głody, osiedla palono i ziemię po nich zaorywano – a jednak trwali...
Pierwsza powieść Czarnyszewicza, Nadberezyńcy [1], zaczyna się od ostrego starcia pomiędzy zasobnym chutorem szlacheckim a ludnością pobliskiej wsi. Ludność białoruska miała się za „carską", car ich uwłaszczył i wyzwolił z pańszczyźnianej niewoli polskich panów, a „Lachy" to byli miatieżniki, co broń podnieśli na ich caria-batiuszkę. Smocze zęby zasiewane tu przez wiek z górą plonowały nienawiścią.
[1] Buenos Aires 1942.
Czy porozumienie było możliwe? Czarnyszewicz wierzył, że było, w imię miłości wspólnej ojczyzny, że w samodzielnej Białorusi znalazłyby się dobre wole po obu stronach, gdyby... tak, gdyby nie odmieniona przez bolszewizm postać świata.
„Kochałem i kocham swój kraj – pisał Czarnyszewicz do pana Akuły, pisarza białoruskiego – dlatego, że żyli w nim obok siebie Białorusini, Polacy, Litwini, Żydzi, starowiercy i Tatarzy, że w miastach były kościoły, cerkwie, synagogi i kirki, że byli chłopi i szlachta, i mieszczanie. Współżyciu naszemu szkodziły tylko niesprawiedliwy podział dóbr ziemskich oraz intrygi sąsiadów. Różnice ras i kultury wśród obywateli nie stają na przeszkodzie postępu i szczęśliwości."
Wańkowicz pisał o blasku, który bije od tej powieści. Miłosz o nieomylnym instynkcie i dojrzałości artysty, o tym wzbogaceniu prozy polskiej, które wniosły Pamiętniki chłopów i Pamiętniki emigrantów, podobnie jak Nadberezyńcy, „nieobwąchane przez żadną kawiarnię".
Czarnyszewicz znał Mickiewicza i Sienkiewicza, ale w książce jego nie ma naśladownictwa. Nie szukajmy więc ani jego wzorów, ani szkoły, która go wydała. Pisał z pełności serca, po ciężkich dniach pracy w argentyńskiej rzeźni, natchniony miłością ziemi rodzinnej i nieomylną pamięcią.
Toteż nie sposób nie ustawić Nadberezyńców w promieniach Pana Tadeusza, z tej samej jest rodziny, to samo źródło czystej tęsknoty książkę tę wydało, urzeka nas ten głos. Sceny bójek, zasadzek, wybiegów, pościgów, podobnie jak sceny miłosne, przypominają najlepsze strony Trylogii.
Język Czarnyszewicza to skarbiec dla językoznawców. Świeży, bujny, polsko-białoruski, samorodny i słowotwórczy, niewylizany dziennikarskim banałem, niespętany prawidłami, rośnie jak kwiat puszcz tamtejszych, pleni się całym bogactwem właściwych sobie form. Żeromski wspomina obfity skarbiec gwar objętych granicami państwa, gwar, w których nie zaglądając do starych szpargałów, „zbierać można słowa w biały dzień jak żyto w polu". Czarnyszewicz nie potrzebował zbierać słów, zachował je w pamięci i oddalony o tysiące mil od swojej ziemi ułożył z nich czarującą opowieść o kraju lat dziecinnych.
Niektóre wyrażenia, jak drużak, hruba, hurba, puha, bałabony, chmyz brzozowy i inne, to albo wyrazy gwarowe, albo staropolskie, wyszłe z użycia, albo białoruskie, a może rosyjskie. Zdaje się białoruskie są: bruć się (mierzyć się w bójce), nabuchtorzyć (durzyć, bałamucić), badziać się (pętać się) itd. Ale są też inne, jakby samorodne, dla spraw codziennych tworzone, jak trel (przerąbana linia w lesie), zimnik (droga zimowa), męczarstwo (umęczenie), wklepany (zakochany), dostukać się (dobrać się), serce sakocze (łomoce), żyto krasuje (bujnie rośnie), suchowiej (letni wietrzyk), doświtek (wczesny świt) itd.
Podobnie nieprzebrana jest świeżość obrazowania autora, pomysłowość i plastyka jego przenośni: dzień jak lustro, pogoda aż miga w oczach, las gładki jak dzwon, fale rzeki wysokości dobrego pokosu, kości na krupę zetrzeć (pogróżka); czyta gładko, jakby rzepę gryzł; jakby bobem sypał, serce drży niby jagni ogonek, od śpiewu ptaków las trzeszczy, od żółtości łopuchów słonko blednie...
Zachwyca nas Psałterz Dawidowy w swobodnym przekładzie Kochanowskiego:
„Jako na puszczy prędkimi psy szczwana
Strumieni szuka łani zmordowana..."
albo o Bożej srogości:
„...biłeś je w gęby
A oni w krwawym piasku zbierali zęby...".
Raduje obrazowanie Paska, kiedy o szykach moskiewskich pisze, że „wyszedłszy z chróstu stanęli jako mak kwitnący...", albo że „królowi puściły się łzy z oczów, właśnie kiedy groch spuszcza ziarno po ziarnie...".
Tylko bardzo bliskie i nieobojętne zżycie się z przyrodą i dolą wiejskiego człowieka daje takie metafory i takie obrazowanie, którego nie znajdziemy u poetów i pisarzy miejskich.
Podobnie kiedy Czarnyszewicz porównuje pisk płozów po żwirze do pisku głodnych prosiaków albo szczecinę na źle ogolonej twarzy młodzieńca do otawy na skoszonej łące – daje nam coś więcej niż metaforę, daje życie zaścianka, jego oddech, rytm jego serca.
Potęga wiosennych roztopów, nadciąganie gradowej burzy, huk rozkołysanej wichrem puszczy, pełnia obfitego lata, rozmaitość obłoków letnich i chmur jesiennych, uroda oszronionego lasu to – wedle słów Conrada – „wymierzenie najwyższej sprawiedliwości widzialnemu światu". Niczego Czarnyszewicz nie zapomniał w obcej ziemi ani miejscowych nazw ptaków: siniczki, kołopieńki, śniegiry, sitowce, korszuny (jastrzębie), busły (młode bociany), ani kwiatów i traw, jak czarnogłówek, leżaj, asak, kuroślep, kozielec, kopytnik, wroniec, pych, miodaczka, nagódki, bobek, bruśnicznik, łyżeczki, bujaki, bohun, lenek, dzięcielina – cały skarbiec ludowej pomysłowości na wyrażenie barw, kształtów, zapachów. Tę samą obfitość przekraczającą ramy ustalonego w literaturze słownictwa, tę samą bujność wód wiosennych odnajdujemy w mowie bohaterów powieści, zwłaszcza kiedy przemawiają pod wpływem afektu. Zakochani układają inwokacje miłosne, złość budzi obfitość złorzeczeń podobną do zaklęć czarowników, kobiety zawodzą po umarłych jak odwieczne płaczki. Kościk Wasilewski nażywa swoją ukochaną Karusię: orliczką, miłką, lubką, zazulą, duszą serdeczną, lilijką białą, kraską tęczową, kwiatkiem pachnącym. Hanka Piotrowszczanka, wydana za mąż do innego zaścianka, pomstuje na swoją okolicę: „ludzie tam zamożne, prawda, ale same glinogryzy, plewojady, dusigrosze, brzydkomowy, rusochwały, moskwolizy, niedowiarki".
Zdanowiczowa rozpacza po zabitym synu: „Synku rodny, sokole mój! Jedynaku nienagladny, skarbie, serce moje".
Śpiewa ta książka i płacze.
* * *
Miłosz w swoich notatkach o Nadberezyńcach, wspominając powtarzalność historyczną, zestawia przywitanie gen. Dąbrowskiego przez Jankiela z przemówieniem Piotrowskiego u gen. Konarzewskiego.
Powtarzalność historii! Ciągłość losów tych rubieży Rzeczpospolitej wystawionych od stuleci na gwałty najeźdźców i krzywdę ciemiężców. Powtarzalność ofiar w każdym pokoleniu na rzecz jednej lub drugiej prawdy, jednej albo drugiej wierności, ofiar tej lub innej przemocy...
„...Jakże Wasze myśli? – pyta Sędzia Bernardyna.
Czy potrzeba, byśmy zaraz w pole wyszli?
Strzelców zebrać – rzecz łatwa: prochu mam dostatek.
W plebanii u księdza jest kilka armatek..."
a szlachta Dobrzyńskiego zaścianka:
„«Wojny!» – krzyknęli... «Wojny z Moskalami! Bić się!
Hejże na Moskali!»".
To rok 1812 – Nowogródczyzna.
A oto Stach Bałaszewicz namawia szlachtę zagrodową znad Berezyny, by wstępowała do wojska polskiego, które się pokazało w Bobrujsku.
„– Po mojemu z tego wielki bunt wyjść może – ostrzega jeden z obecnych.
– Bunt? – powiada Stach – a panie, jak Polski po dobrości nie oddzielą, to i bunt będzie. A cóż to nam, szlachcie, bunt nowość? Chyba może państwo, szlachta nieprawdziwa że się go boi?
Szlachta zahuczała jak gniazdo szerszeniów.
– Jak Waść możesz mówić takie rzeczy? My szlachta honorowa! Miecze jeszcze dawniejsze w domu mamy! My pierwsze do wszelkiego buntu!".
To rok 1915 – Bobrujszczyzna.
* * *
„Losie ty nasz parszywy! – rozpacza Kościk Wasilewski, komendant leśnego oddziału w obliczu nowego bolszewickiego najazdu. – Czemu płodzisz tę zakałę na naszą biedę?..."
Ciężkie wtedy padają oskarżenia z ust młodego bohatera, „leśniczonka", na klasę ziemiańską, na tych, co zawsze umieli czy to za Moskali, czy za Niemców bronić swoich interesów, ochraniając majątki, urządzać dla najeźdźców polowania i biesiady, ale ani się nie zbliżyli z braćmi z zaścianków, ani się nie porozumieli dla obmyślenia wspólnej obrony, a w chwili niebezpieczeństwa rzucali wszystko i uchodzili.
Nie za burżujów idziemy – głosi podtytuł Nadberezyńców. To upragnione przez bohaterów powieści Królestwo Polskie, za które walczyli i ginęli, któremu służyli w każdej potrzebie Wasilewski i Bałaszewicz, miało być królestwem sprawiedliwości, zgody i jedności, miało tę ziemię polsko-białoruską ogarnąć zbrojnym ramieniem, zabezpieczyć ład, zapewnić praworządność. Ale Polska tej ziemi nie zechciała wziąć pod opiekę. Mieli oni odbiec swoje strzechy zwichrzone zimowymi nawałnicami i każdej wiosny własnoręcznie naprawiane? Sady za chatą; pola i łęgi puszczy wydarte, dęby stare, dźwigające szeregi barci ustawionych parami i deskami podkurków chronione od niedźwiedzi? A gdzieżby poszli, rzuciwszy to wszystko, i do czego? Toż to było ciało ich ciała, trud ich trudu. Zostali więc.
Najgłębszy obok polskości nurtem tej książki to jej religijność, to katolicyzm wiążący ten lud szlachecki, polsko-białoruski z tradycją, obyczajami, obrzędem, sakramentami Kościoła rzymskiego i kulturą zachodnią. Katolicyzm Nadberezyńców nie żywi żadnej wrogości do ruskiej wiary wsi okolicznych, ale kultywuje swoją różność i swoją, w pojęciu tej szlachty polskiej, wyższość wiary rzymskiej.
Dnie i lata, cały wiek człowieka od kołyski do grobu, do tych mogiłek, gdzie składano bliskich na wieczny spoczynek, zasypując dół „bez rydlów, garścią samą, ziemią wytrząsaną z korzonków, czystą, sypką, zroszoną łzami...", są oplecione wiarą. Doroczne święta chrześcijańskie, związane z odwiecznym kultem sit przyrody, to niezmienne etapy wytchnienia po pracy. Wiara w miłosierdzie Boże, poddanie się Jego woli, ufność w sprawiedliwość wszechmocną, poszanowanie rodziców i starszych, świętość małżeństwa, lęk przelania krwi nawet w obronie własnej, stosunek do śmierci, do życia wiecznego, kult obrazów i relikwii, różaniec, zwrot ku Bogu w każdym niebezpieczeństwie, tak w smutku, jak i radości, nadają sakralność każdemu gestowi tych ludzi, stanowią o godności ich życia i śmierci, są źródłem ich wierności i trwania.
Biała Procesja w Bobrujsku w 1905 roku, doroczny „fest" w niedzielę oktawy Bożego Ciała, to manifestacja jedności i wiary wielotysięcznego ludu katolickiego i dziesiątków księży z dwunastu okolicznych parafii, czterech dekanatów: Słucka, Ihumenia, Rohaczewa i Rzeczycy, manifestacja polsko-katolicka, po stu dwudziestu latach prześladowań i rusyfikacji.
Najwyższą nutą grają te uczucia nadberezyńskich katolików w opisie przygotowań na przyjęcie biskupa Łozińskiego w Wończy (to jesień 1918 roku i losy tego kraju wciąż się ważą).
„Biskup Łoziński w nasze strony jedzie! Kaplicę naszą własnymi rękami święcić będzie! – zwiastowali jeden drugiemu z płomieniem w oczach...
Między zaściankami i Wończą ruch taki powstał, jakby w pospolite ruszenie dawnych czasów. Kto znał się trochę na stolarstwie szedł pomagać majstrom, inni wozili gonty, ciosane łaty, piłowali deski, biegali po kweście, służyli za posłańców...
Już Biskup w Szacku, już w Osipowiczach! Już jedzie do Bobrujska!... Porwał ludzi entuzjazm jak podczas pojawienia się Dowborczyków zeszłej zimy. Kto miał jakiś kwiatek, roślinę godną zachwytu albo świętość jaką w domu, niósł na upiększenie przybytku Bożego, na wspólny ołtarz; wroniec i bruśnicznik to wozami na plac kapliczny wozili... Wznoszono bramę, wito wieńce, upiększano podwórko, kaplicę, ołtarz...
Wot! zawieruszyli szerszenie! Wot zahuczeli! – mówili pobratymcy, przypatrując się tłumnie przygotowaniom.
A ich na te uwagi jeszcze większy zapał porywał.
– Teraz się dowiecie, jaka nasza siła, jaka między nami drużba! – odpowiadali... – Teraz się dowiecie, jaka nasza wiara piękna jest!..."
Oczekiwanie, przyjęcie, przemówienie biskupa i nabożeństwo – to tyleż niezapomnianych stron tej książki.
Kto jeszcze z ludzi „tamtejszych" pamięta świętej pamięci biskupa Łozińskiego, jego wysoką szczupłą postać, twarz kościstą i bladą, jakby wytrawioną ogniem wewnętrznym, twarz oświeconą spojrzeniem i uśmiechem, kto pamięta jego głos chropowaty i załamujący się wzruszeniem, ten dopełni własne wspomnienie opisem Czarnyszewicza, które ma coś z wierności zeznań świadków niepiśmiennych, podpisujących się znakiem krzyża – opisem zakończonym słowami: „Jak Boga kocham!".
„Dzieci moje!... – mówił Biskup – Jako kapłan dziękuję wam za wiarę w Chrystusa, jako Polak za wiarę w Polskę. Tylko kapłaństwo w młodych latach otrzymując taką radość miałem, jaką teraz doznaję, tylko do matki swej rodzonej taką wdzięczność żywię jaką do was za waszą wiarę czuję..."
Książka urywa się na tym roku 1918 akcentem nadziei.
* * *
W kilka lat później rozpoczęto likwidację polsko-katolickiego żywiołu na sowieckiej Białorusi, nastąpiły zsyłki na Sybir lub do obozów północnych; pozostali chronili się przed aresztowaniem, uciekając do miast. Docierały do nas wtedy wieści, że na szesnaście dawnych parafii nadberezyńskich, pozostał w 1937 roku jeden ksiądz, który w drewnianych trepach i samodziałkach przekradał się z kołchozu do kołchozu, chrzcząc i spowiadając. Kościoły i cerkwie zburzono lub zamknięto. Ci, którzy po klęsce Polski w 1939 znaleźli się w mińskim więzieniu, spotkali tam jeszcze sporo ludzi miejscowych aresztowanych i dręczonych za wiarę i kontakty z Polską.
Bogate i rojne niegdyś zaścianki nadberezyńskie porosły lasem.
* * *
Wicik Żywica, druga powieść Czarnyszewicza, wydana również w Argentynie [2] z przedmową Melchiora Wańkowicza, jest poniekąd dalszym ciągiem Nadberezyńców. Wicik to jakby młodszy brat bohaterów tamtej powieści, szlachcic zaściankowy jak tamci, usiłujący nawiązać porozumienie pomiędzy ludnością polsko-katolicką a ludem białoruskim i prawosławnym – cel upragniony samego autora.
[2] Buenos Aires 1953
„O ile Wicik nie zbuduje mostu dla polsko-białoruskiego porozumienia – sądził Czarnyszewicz – to przerzuci chociaż kładkę, którą można będzie przy dobrej woli rozszerzyć."
Zamiar chybił niestety celu, bo ideologia rozsadziła ramy powieści, ze szkodą dla całości. Ale tu również znajdujemy strony opisowe pełne wielkiego czaru oraz sceny walk i zasadzek zapierające dech w piersi. Groza najazdu bolszewickiego splata się z wielką nadzieją zwycięstwa „Najjaśniejszej Rzeczypospolitej".
„Myślałem – pisał mi autor w liście – że jeśli strona ideowa książki zawiedzie to pozostanie przynajmniej taki siaki obraz bytności polskiej na kresach, świadectwa przeczące twierdzeniom bolszewików, że Polska tam nic nie zrobiła. Pozostaną utrwalone obyczaje tamtych stron, ich język..."
Pozostaną i w wolnej Polsce trafią, daj Boże, do wypisów szkolnych jako pamiętnik tej epoki, tych ziemi granicznych, tych ludzi.
* * *
Jako żołnierz polski po traktacie ryskim musiał Czarnyszewicz uchodzić z kraju swego dzieciństwa i młodości, ale w tej Polsce wyśnionej, której zaufał nie znalazł upragnionej sprawiedliwości. Pasierbem czuł się tu, nie synem, on, Nadberezyniec, co za kordonem sowieckim zostawił wszystko, co kochał. Postanowił emigrować do Argentyny. O Argentynie wiedział tylko tyle, co zapamiętał z rosyjskiego, szkolnego podręcznika: „Balszaja chlieborodnaja strana, stolica: Buenos Aires"; urzekła go ta dziwna nazwa i ta ziemia „chleborodna". Werbowano, zapisał się. Ale na tamtej półkuli, w tłumie różnoplemiennych emigrantów, okazało się, że znów jest tylko pasierbem, uprzedzili go inni emigranci z ziem zajętych, bolszewiccy agenci i zbolszewizowani chłopi ukraińscy. Tępiony przez nich jako „sługa burżujski" i „białogwardzista", co na drugą półkulę wyrwał od „władzy ludowej", sprzymierzyli się na jego zgubę.[3]
[3] Losy pasierbów, Paryż 1958, z przedmową Józefa Czapskiego.
Dubowik, bohater Pasierbów, przyjechał na tę ziemię chleborodną z żoną i dwojgiem małych dzieci, bez pieniędzy i języka. Cała niedola emigranckiego losu spada więc na niego i jego rodzinę. Trafili na okres bezrobocia, na pracę trzeba było czekać tygodniami, prosić o nią, jak o łaskę, żyjąc w trosce i trwodze, o suchym chlebie. Po wielu trudachi niezliczonych niebezpieczeństwach, pośród zasadzek i podstępów wrogów i rywali, Dubowik zdobywa nadzieję nabycia kawałka własnej ziemi, której poświęci wszystkie siły, szmat ziemi chleborodnej pod nogami w zastępstwie ojczyzny utraconej.
* * *
Podobnym zamierzeniom co Wicik Żywica, z lepszym skutkiem, kierował się Czarnyszewicz, pisząc Chłopców z Nowoszyszek [4] wydanych na rok przed śmiercią autora. Chłopcy przenoszą czytelnika na Wileńszczyznę, gdzie Czarnyszewicz spędził kilka lat, już jako uchodźca, służąc w policji. Są to dzieje bardzo ubogiej, wojną zniszczonej osady, ludzi biednych i twardych w walce z miejscowymi władzami, samolubstwem ziemiaństwa i zbójeckimi wypadami agentów komunistycznych, nasyłanych zza miedzy, z tak zwanej „Wolnej Białorusi".
[4] Londyn 1963.
Chyba się nie mylę, twierdząc, że żadna z powieści Orzeszkowej, Żeromskiego, Reymonta albo Dąbrowskiej, opowieści osnunych na obserwacji z zewnątrz, nie jest tak bliska prawdy chłopskiej rzeczywistości Nowoszyszek i pobliskich wiosek. Autor pisze z całkowitą swobodą autentycznym językiem swoich bohaterów, malując sceny hulaszcze i grubiańskie obok dramatycznych i sentymentalnych. Prymitywizm instynktów, zapamiętałą mściwość, pijackie bójki przeplatają wyznania miłosne i tęsknoty macierzyńskie. Bogactwo słownictwa gniewu i urągania przewyższa w tej powieści znacznie terminologię uczuć łagodniejszych. W każdym sporze padają natychmiast wyzwiska, jak had, hajdamaka, ludorez, haresztant. W zastosowaniu do kobiet: ścierwa, żmija obleśna, suka, wyrodak i dalsze.
Tak znamienny jest w tej ostatniej powieści Czarnyszewicza, już wyżej omówiony, język. Rozmaitość gwar przejściowych, ich odchylenia od literackiej polszczyzny, ich akcentowania utrwalone tu na żywych przykładach. Uderza nas w dialekcie Wileńszczyzny, podobnie jak i Nowogródczyzny zdwajanie spółgłosek miękkich w końcowej zgłosce, jak na przykład kochannie, życcie, położennie, zielle, świnnia itp. Albo zdrobnienia imion męskich z końcówką na -a, jak: Dońka, Józka, Staśka, podobnie jak w rosyjskim Szura, Wania, Sasza. Zmiana rodzaju żeńskiego na męski w czasownikach, odrzucenie nosówek jak w rosyjskim, na przykład: co z Twojo roboto i tobo..., skrzywdzo..., gospodarza bił budziesz u morda..., dadzo po głowaj.
Wyjątkową pięknością, jak i w poprzednich powieściach, odznaczają się opisy przyrody, bujnością obrazów, szczerością przeżyć, bogactwem swoistej terminologii:
„Szło już wyraźnie ku zimie. Dmuchały codziennie zimne wiatry, niebo obkładały szerokie, nieznające brzegów chmury, sypały się białe krupki, zalatywały śnieżynki, noce były długie i ciemne jak sadza".
a oto opis letniej ulewy:
„O zmroku szurnął bujny i gęsty deszcz z piorunami, po paru godzinach przeszedł w drobniutką szmerną prósznicę i mżyło tak z przerwami do świtu a rano powiał ze wschodu suchowiej...".
Uczucia religijne związane z tradycją, magią obrzędów i pieśni dochodzą tu również do głosu. W religijności Czarnyszewicza nie ma ani przesadnej dewocji, ani suchego formalizmu. Bóg jest tu wszędzie obecny, wszechmocny i miłosierny, w życiu i śmierci, w radości i niedoli. Do niego odnoszą się bohaterowie tych powieści błaganiem, dziękczynieniem lub skargą.
Jedna z kapitalnych scen w Chłopcach z Nowoszyszek to alarm podniesiony przez starego Wieliczkę w mroźną noc i śnieżną zawieruchę. Spieszy do chaty siostry i podnosi na nogi czternaście śpiących w izbie osób.
„– Co się stało? – pytają przerażeni – ktoś kogo zarżnął? Czy nowa wojna może?
– Białorusy – oznajmia Wieliczko – suplikacja nasza na swoja wiara przewrócili... nie ma już Święty Boże, Święty mocny... ale Siwaty Boże, Światy krepki... pomiłuj nas!"
Następuje zdumienie, oburzenie, potem lament kobiet:
„– Dokądże i za jakie grzechy nas Pan Bóg karze? – zawodzi Paulina, gospodyni chaty – taka już straszna wojna przeżyli, taki ogień i stuk i wygnannie! I gaz niemiecki i araplany i hiszpanka i krwawy panos i bolszewików, tyle nędzy, choroby różnej i śmierci i kalectwa, a teraz nowa plaga przychodzi!... Do kogóż po ratunek u biedzi zwrócim sia jak modlitwy i pieśni swojej nie będzie?!..."
W kilkanaście minut w izbie sołtysa zahuczało jak w ulu.
I tak, prawdopodobnie, upadła inicjatywa hierarchii katolickiej, mająca na celu pogodzenie i zbliżenie dwujęzycznej i dwuwyznaniowej ludności...
Wicik Żywica kończy się najazdem bolszewickim i śmiercią bohatera, Chłopcy – zwycięstwem Dońki nad rywalami i małżeństwem z jego wierną „lubką".
* * *
Dziś losy Nowoszyszek i Miezonki nie różnią się od losów nadberezyńskich zaścianków i chutorów Smołarni, Jam, Polanki, Podgarla i innych.
Rufin Piotrowski w swoich Pamiętnikach z połowy XIX wieku podaje, że po całej Syberii znajduje się mnóstwo potomków Polaków wysiedlonych z tych guberni już za Katarzyny II, że co krok spotyka się polskie nazwiska, zaś około Siemipałatyńska, w pobliżu Gór Ałtajskich, jest jedna lub nawet dwie wsie z samych potomków tych Polaków złożone.
„Mówią nawet jeszcze po polsku i hodują pszczoły, a miody tych wsi są bardzo słynne w Syberii i w wielkiej znajdują się obfitości."
Nie wiemy, jakie były losy tej wysiedlonej w XVIII wieku szlachty polskiej, zabrakło świadka, który by nam przekazał ich dzieje.
Z potopu ostatniego półwiecza zostaną książki Floriana Czarnyszewicza.